Do poprawnego działania strony wymagane jest włącznenie obsługi javascript. Zmień to w opcjach Twojej przeglądarki i odśwież stronę.
Historia gdańskiego Fischmarktu
wtorek, 13 sierpnia 2019

Rybołówstwo i handel rybami w Gdańsku są pewnie tak stare jak miasto. Ryby łowiono i sprzedawano tu już w okresie panowania książąt kaszubskich. Działalność ta nie ustała również po opanowaniu miasta przez Krzyżaków i trwała aż po wiek XX.

W roku 1342 wielki mistrz krzyżacki Ludolf König nadał gdańszczanom przywilej handlu rybami. Miejsce wyznaczone na ten cel nazwano Targiem Rybnym. Znajdowało się ono nad brzegiem Motławy, niedaleko miejsca, gdzie skręca ona na wschód, w pobliżu zamku krzyżackiego, który w 1454 r. został przez gdańszczan zburzony. Obok Targu Rybnego znajduje się Baszta Łabędź wzniesiona w drugiej połowie xv w. na fundamentach zburzonej razem z zamkiem Wieży Rybackiej.

Z targu korzystali również rybacy z Półwyspu Helskiego, którzy przywozili tu łodziami złowione przez siebie ryby. Sprzedażą ryb zajmowały się kobiety zwane hokorkami (od niemieckiego Hökerin – przekupka). Zanim łodzie wypłynęły do  Gdańska, kobiety zbierały od sąsiadów zamówienia na zakup różnych towarów. Czasami uzbierało się 20-30 takich zamówień.

Ponieważ łodzie z rybami stały w pewnej odległości od brzegu, kobiety były przenoszone do nich przez mężczyźni, którzy zakładali uprzednio wysokie, skórzane, nieprzemakalne buty. Podróż do Gdańska przy sprzyjającym wietrze trwała zwykle 5-7 godzin, ale czasami, gdy pogoda nie sprzyjała, trwała dłużej. W czasie żeglugi rybacy prawie przez cały czas śpiewali pieśni kościelne, a śpiew ten, jak pisał ks. H. Gołębiewski, „dziwnie się do falujących bałwanów stosuje”. Po dopłynięciu na miejsce policjanci targowi zgodnie z przyjętym regulaminem targowym wyznaczali łodziom miejsce do zacumowania. W pierwszej połowie XIX w. obowiązywał regulamin z 18.7.1822 r.

Ryby sprzedawano bezpośrednio z łodzi. Najczęściej były to flądry i śledzie, które kobiety zachwalały łamaną niemczyzną wołając: „gute fische, frische fische, kaufe se Madamke”. Pewnie nauczone smutnym doświadczeniem nie wypuszczały ryb z ręki wcześniej aż do drugiej nie dostały pieniędzy. Gdy ryb nie było dużo, a kupujący dopisali, łódź szybko się opróżniała. Po skończonej sprzedaży trzeba było pokupować potrzebne towary dla siebie i sąsiadów. Robiono to zwykle w pośpiechu, bo rybacy naglili, aby jak najszybciej odpłynąć do domu. Wyjątkiem bywał letni jarmark dominikański, kiedy pozwalano sobie na przejażdżkę karuzelą lub wejście do jakiejś budy. Zdarzało się czasami, że z powodu niesprzyjającej pogody trzeba było podróż powrotną odłożyć na drugi dzień a nawet dłużej. Podróży powrotnej nie podejmowano, jeżeli morze było wzburzone, bo bryzgi fal mogły zmoczyć przewożone towary (np. mąkę). Jak podaje wspomniany już ks. Gołębiewski ustalono polubownie przy jego pomocy, „że każdy sobie za każdy dzień pobytu na morzu i w Gdańsku jedną markę bez grzechu zatrzymać może”.

dr. Mirosław Kuklik, Antoni Konkel

 

NAJNOWSZE ARTYKUŁY
© Copyright 2005 - 2019 Portal Regionalny kaszubi.pl
Wydawnictwo Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego
Projekt graficzny: Iselin
Webmaster: Łukasz Makurat
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Kliknij na to powiadomienie, aby je zamknąć.